Ojciec chrzestny Taty Szyryn

Ojciec chrzestny Taty Szyryn
  • Born: kon XVIII
  • Other relationship ojciec chrzestny Taty with Józef XI. Tata
  • Died: ok 1920
  • Occupation: właściciel Podolszczyzny

    Ojciec chrzestny Taty byl prawdopodobnie synem lub wnukiem Napoleona, Aleksandra albo Dominika, w roku 1915 musial miec conajmniej 40 lat czyli urodzony musial byc okolo 1870 - kmh


    PAN ALEKSANDER SZYRYN

    Żychliński pisze, że Szyrynowie z Hermanowicz przyszli na Litwę z Węgier, gdzie byli wielcy i sławni, nazywali się Zrinyi de Serinvar. Jednym z nich był ten Zrinyi Miklas, który na całe chrzescijaństwo wslawił się walkami przeciw Sulcjmanowi Wspa­niałemu i obroną Szigetvaru. Piękna Helena Zrinyi byli żoną któregoś z królów węgierskich. W XVII wieku najazdy i walki przeciwko Habsburgom wyrzuciły ich z siodła; uszli do Rzeczy­pospolitej. Zmienili pisownię imienia - herb tylko został ten sam, węgierski: gwiazdy, skrzydła i węże i hrabiowska korona. Ale z tytułem wśród szlachty wileńskiego województwa się nie pchali ­aż pod koniec XIX wieku, gdy zaroiło się od hrabiów i hrabin. Wzięli w posagu - czy dostali od króla, nie wiem, gdzieś już w XVII wieku, Hermanowicze na smoleńskim szlaku. Żyli i żenili się wśród Benisławskich, Rudominów-Dusiackich, Platerów, Podbi­piętów. W dziewiętnastym wieku, jak cała zamożniejsza szlachta, byli obierani na marszałków i sędziów: pan Aleksander Szyryn, który zmarł gdzieś niedługo po 1863 roku, byl marszałkiem dziśnieńskim. Córkę wydał za marszałka Meysztowicza. Ale przedtem, gdzieś około 1844 roku do chrztu mu ją trzymał ­marszałek Podbipięta, Zerwikaptur. Żywe wówczas zaprzeczenie sienkiewiczowskiej opowieści o wygaśnięciu rodu pod Zbarażem, na legendarnym panu Longinusie.

    Hermanowicze, były to dobra obszerne - i w jakiś sposób samowystarczalne. Nie tylko byl w nich kościół ale i proboszcza do niego kształcił w Wilnie dwór hermanowicki. Tak samo lekarz był kształcony przez Szyrynów; a chociaż dyplom doktorski dawał mu prawa szlacheckie, dotrzymywał zobowiązania i przez szereg lat mieszkał i praktykował w Hermanowiczach. Gdy go nie było ­trzeba było jechać się leczyć, spod Dzisny, do Wilna lub Rygi. A w nagłych wypadkach zęby rwał kowal. Wszystko co było potrzebne robiono na miejscu: na miejscu byl krawiec i szewc, nawet świece topiono na miejscu z wosku - lub, do pośledniejszego użytku, z łoju. Technika to była szczególna: przywiązane do kija konopne nici - przyszłe knoty - opatrzone ciężarkami, zanurzano w roztopionym wosku, wyjmując je zaraz, a gdy ostygły, zanurzano je znowu, by powstała nowa warstwa. To, co byto potrzebne z miasta, przywożono raz na rok z Rygi - gdy szły spławem po Dziśnie i Dźwinie do Rygi szyrynowskie wiciny. Odwożono sukno na stroje dla panów i liberie dla służby, jedwabie i perkale dla pań, wino, czasem meble, zawsze cukier „kolonialny", artykuł zbytku, pilnie strzeżony w srebrnych cukiernicach, zamykanych na kluczyk, który wisiał przy bransoletce pani. Ale slodyczy nie brakło: był miód, różne owoce i orzechy w miodzie, ciastka z miodem, miód nawet do kawy i mało znanej herbaty.

    Wsie, choć na lekkich gruntach, były dostatnie: kartofle strzegły już od głodów - i dwór tracił jedną ze swych głównych funkcji społecznych, nie zawsze zresztą dobrze spełnianych, asekuracji włości przed klęską nieurodzaju. Gnębił wsie pobór - brano chłopców na 25 lat w szeregi mikolajowskie, w mongolską dyscyplinę, na Sybir lub Kaukaz. Okropnym obowiązkiem dworu był wybór rekrutów. Byt panom wstrętny. Nie wiem dlaczego nie mógł się przed nim uchylić. Może dlatego, że zastąpiłaby go moskiewska łapanka, jeszcze gorsza od poboru.

    Dziki obszar puszczy na bagnach sprzyjał pladze wilków. Pró­bowano je tępić. Stary dworski sługa zostawiał końskie ścierwo za „częstokolem" (nie wiem, czy dobre to słowo na plot z wbitych głęboko, zwykle dębowych pali). Siadał tam ze strzelbą i co noc ubijał tam parę wilków.

    Na północ od dóbr hermanowickich ciągnęły się ogromne, nieprzebyte bagniska. Była wśród nich wyspa - a na niej osada kilku rodzin, zupełnie oddzielonych od świata. Raz na rok, latem sobie tylko wiadomym szlakiem, przychodził stamtąd czlowiek do Hermanowicz czy Dzisny i tą samą ścieżką wśród bagien przyprowadzal księdza. Ten dawał śluby, chrzcił, spowiadał, mszę św. odprawiał, udzielał komunii św. i po paru dniach odprowadzony powracał. „Jak możecie tak długo żyć bez spowiedzi" pytano. „Staramy się nie grzeszyć" - odpowiadał stary mieszkaniec niedostępnej wioski (może jeszcze odnajdę jej nazwę na jakiejś bardziej szczegółowej mapie).

    Panowie polowali inaczej, saniami. Jednym z najżywszych wspomnień małej córeczki pana Aleksandra Szyryna było takie polowanie. Koniom zawiązano chrapy chustami z dziegciem, by się nic bały zapachu wilków; podgardla im okryto grubą, twardą skórą - bo tam zwykły wilki się rzucać. W saniach prócz woźnicy - pan, panienka, strzelec do nabijania dwururek - a pod nogami, w worku - symbol uciśnionej niewinności - prosię. I - gdy pełnia księżyca stanie wysoko nad lasami - jazda. Potrącone prosię piszczy. Za saniami, na sznurze, ciągnie się pęk grochowin. Więc zrazu - kłusem. Spod pokrytych śniegiem jodeł (przepraszam, tak u nas nazywano świerk, w odróżnieniu od „jodły górskiej") ­spod jodeł zaczynają błyskać wilcze oczy. I oto jeden już jest przy grochowinach. Strzał. Leży. Konie poszły w cwał. Już za gro­chowinami nie jeden - trzy - pięć - stado wilków. Co chwila celne, bez pudla, strzały. Ale wilków przybywa. Skaczą pod konie - trzeba je odstrzeliwać. Kanonada w miarę szybkości nabijania strzelb - wściekły XXXX owal po śniegu. Las się skończył - po białym polu pod księżycem pędzą sanie, za nimi wilki. Oto już blisko pochodnie na folwarku, gdzie oczekują pana z polowania. Z daleka słyszeli zbliżające się strzały. Ledwie spienione konie wniosły w pędzie sanie na podwórze - zastrzaśnięto wysokie wrota: ale jeszcze parę wilków wpadło w zagrodę. Dobijają je parobcy kijami. A za dnia pójdą zbierać na drodze pozabijane wilki, te, których skóra nie nazbyt została podarta przez zglodniałe stado. Zresztą mniejsza o futro: ruski sprawnik ma nakaz tępienia wilków - płaci pół rubla od ogona, sam z guberni dostaje po rublu!
    Niechże tu skończę wilcze opowieści. Bo były tam nie tylko zwykłe wilki. Bywało, że człowiek - za ciężkie winy - musi wziąć postać wilka, z wilkami żyć, ludzi unikać. Opowiadał jeden (mówiono zresztą, że chodzi mu o to co dziś Agata Christie nazywa kilkuletnim „alibi") - że w wilczej postaci kilka lat spędził. „Mróz, głód. samotność, prawdziwe wilki do kompanii nie przyjmują - podejdziesz pod chaty, owieczkę z głodu poniesiesz - wstyd, strach. Najgorszy strach przed ludźmi. Ot i mnie raz postrzelili - i pokazywał bliznę na ramieniu. Nareszcie zlitowanie przyszło - wrócili do swoich, do chaty". opowieść to nie nowa. Ale wiele później w kraju Latynów czy Etrusków, pod Civitta Castellana, u stóp Horacjuszowej Soracte, słyszałem dokładnie taką samą opowieść w domu baronowej Zuccaro. Wilkołak tu się nazywa „lupo mannaro". Podobno francuski „loup garrou" jest takim samym odmieńcem. Czy podobieństwo legend o wilkoła­kach nie jest wynikiem jakiejś pradawnej wspólnoty ludów zwa­nych indoeuropejskimi?

    Dwór w Hermanowiczach był murowany, piętrowy, z kolum­nadą z dwudziestoma oknami od frontu. Sufity - z 12-15 łokci. Jeden z salonów ozdobiony namiotem tureckim, gdzieś przez kogoś zdobytym. Leżał ten dwór na szlaku Wilno - Dzisna ­Smoleńsk. Więc stawały tam sztaby. Zatrzymał się Napoleon ­został ojcem chrzestnym małego Napoleona Szyryna. Ale w rok póżniej przechodził tamtędy zwycięski car - i drugi z młodych Szyrynów już miał na imię Aleksander. Napoleon Szyryn zginął młodo w 1830 roku. Był jeszcze jeden, z braci chyba najstarszy, Dominik - wielkich zdolności, niespełna rozumu. Uczeń Grodka, klasyk nie mogący się powstrzymać od prostowania probosz­czowskiej łaciny, głośno, z kolatorskiej ławki. Żyt widać długo, skoro przetłumaczył „Pana Tadeusza" na język grecki. Latem, by chronić się od upału, chodził w niedźwiedzim futrze włosem na zewnątrz. Byl nieszkodliwy - chod raz, w gniewie na brata, powybijał wszystkie szyby w pałacu. (Proszę mi słowa „pałac" nie brać za wyraz snobizmu. Tak u nas nazywano każdy większy murowany pański dom - wcale nie każdy „pałac" musiał do­równać Werkom, Młynowowi czy Białemustokowi, nie mówiąc o zamkach, jak Nicświcż. Zresztą, tych bardzo wspaniałych pałaców:. było na Litwie niewiele - czy może tylko niewiele ich dotrwało moich czasów.)

    Rządził pan Aleksander Szyryn w Hermanowiczach długo – po nim objął to syn. Niezrównoważony, niedbaly. Wszystko poszło nieładem. Ziemia po roku 1863 przeszła, według ukazu, w ręce jakiegoś Rosjanina. Po dawnych czasach - kończących się gdzieś ok. 1860 roku - zostały barwne, kochające wspomnienia córki pana Aleksandra. Mojej babki.



    Ksiądz Walerian Meysztowicz

    Gawedy o czasach i ludziach - "Pan Aleksander Szyryn"
    Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1983

  • Generated by GreatFamily 1.1 - FREEWARE